Małopolska

Małopolska jakiej nie znacie – Malopolska24.pl

zamek w Nowym Sączu
Miejsca które warto zobaczyć Turystyka

W 7 dni dookoła Sądecczyzny. Nowy Sącz.

zamek w Nowym Sączu
Zamek w Nowym Sączu. Foto: Wiktor Baron, Creative Commons
[…] chcę zabrać Was w podróż […] na Ziemię Sądecką. […] do krainy, gdzie się urodziłem, wychowałem i dorastałem. Posmakujemy wody mineralnej z jednego z krynickich źródeł. Dowiemy się, gdzie w Polsce mamy swojego odpowiednika brukselskiego „siusiającego chłopca”. Poczujemy klimat małego miasteczka galicyjskiego. Zobaczymy miejsce, gdzie odpoczywała św. Kinga podczas ucieczki przed najazdem tatarskim. Na koniec wreszcie zdobędziemy najwyższe szczyty sądeckich gór, aby tam móc podziwiać piękno tego regionu.

Dzień 3. Kierunek – stolica Sądecczyzny.

Autobusem dotarłem do Nowego Sącza. Jak na prawdziwą stolicę regionu przystało jest to główny ośrodek przemysłowy, edukacyjny i handlowy Sądecczyzny. To trzecie co do wielkości miasto w województwie małopolskim liczy ponad 84 tysiące mieszkańców. Spędzę w nim najbliższe dwa dni, ale to dzisiaj postaram się zobaczyć jak najwięcej. Poszukam średniowiecznych pamiątek po Kazimierzu Wielkim, odwiedzę rycerzyka pilnującego ruin tutejszego zamku oraz spróbuję najsmaczniejszych lodów na świecie. Zobaczę również co ciekawego tworzy sądecka młodzież w wolnym czasie.

Opuszczam jaskrawo pomarańczowy budynek dworca autobusowego i Alejami Wolności, o których kilka słów będzie potem, zmierzam w stronę Starego Miasta. Nie mija chwila, gdy napotykam pierwszą nowosądecką perełkę architektury. Mowa o „Ciuciubabce”, która jest jedynym budynkiem w Nowym Sączu wybudowanym w stylu zakopiańskim. Powstały na początku XIX wieku wyróżniał się wówczas nowoczesnością. Obecnie znajduje się tutaj jeden z wydziałów Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej.
W drodze do serca miasta trafiam do sądeckiego „Central Parku”, bo tak właśnie można nazwać tutejsze Planty. Jest to park założony w 1884 roku w kształcie prostokąta, który do dzisiaj jest miejscem wypoczynku mieszkańców. Otoczony gęstą zabudową kamienic sprawia wrażenie zielonej wyspy w samym centrum miasta. Wejścia od strony południowej pilnuje bezkształtny pomnik. Gdyby nie napis na cokole nie poznałbym, że to Adam Mickiewicz. Postawiony w 1962 roku monument jest przykładem nowoczesnej na owe czasy sztuki socrealizmu. Pisano nawet o nim wiersze i piosenki kabaretowe, gdyż uważany jest za najbrzydsze dzieło sztuki w mieście.

Nowy Sącz
Pracownia Marii Ritter. Foto: JanPoszept, Creative Commons

Idąc dalej alejkami Plant docieram do ulicy Jagiellońskiej. Dawniej była ona fragmentem średniowiecznego traktu prowadzącego na Węgry, dzisiaj jest to popularny deptak dla turystów i sądeczan. Odnowione kamienice przypominają o przeszłości grodu. Na frontonie jednej z nich z okazji 500-lecia Bitwy pod Grunwaldem umieszczono rzeźbę Władysława Jagiełły. W 1939 roku postument ten zdjęli Niemcy, by nie przypominał Polakom o ich historii. Dzięki staraniom mieszkańców wrócił na swoje miejsce po wyzwoleniu kraju. Idąc tą „Floriańską Południa” próbuję wyobrazić sobie ludzi mieszkających tu na przełomie XIX i XX w., kiedy to Nowy Sącz przeżywał największy rozwój. Dalej mijam kamienicę, w której mieszkała Maria Ritter (1899 – 1976), malarka zwana sądecką kapłanką sztuki. Część jej prac plastycznych możemy podziwiać w znajdującym się tu Muzeum. Miejsce to warte jest odwiedzenia również ze względu na oryginalnie zachowane wnętrza mieszczańskie z pierwszej połowy XX wieku. Nie odmawiam zaproszenia i wstępuję do „Galerii Marii Ritter”. W powietrzu zapach starych mebli pomaga poczuć się jak przed laty, a wiszące na ścianach obrazy, w tym słynna „Amazonka”, dowodzą talentu dzisiaj nieco zapomnianej już artystki.

Nowy Sącz, ratusz
Ratusz. Foto: Ffolas, Creative Commons

Wędrówka ulicą Jagiellońską prowadzi mnie na sądecki rynek. Jest to prostokątny, drugi co do wielkości (po krakowskim), średniowieczny plac w Polsce południowej. Zauważam, że z każdego rogu pod kątem prostym wychodzą po dwie ulice. Nic dziwnego, w końcu sądecka starówka jest idealnym przykładem szachownicowego układu ulic. Według takiego wzoru budowano miasta w XIII i XIV wieku. Stoję na środku rynku i kręcę się dookoła przyglądając się kamienicom. Niektóre z nich zachowały w sobie szerokie bramy wjazdowe. Są one dowodem na to, że Nowy Sącz był położony na trasie średniowiecznych traktów. To stąd właśnie rozchodziły się drogi do Koszyc, Budapesztu czy Lwowa. Jednak prawdziwą wisienką na torcie jest znajdujący się na Rynku budynek Ratusza. Ta eklektyczna budowla powstała w 1897 roku po pożarze poprzedniej siedziby władz miasta. Robi wrażenie – to powie każdy, kto go zobaczy po raz pierwszy. Połączenie neobarokowego przepychu i neorenesansowego monumentalizmu było strzałem w dziesiątkę. Wiedział o tym dobrze Karol Knauss, który zaprojektował ten misz-masz architektoniczny. Zegar z wieży ratuszowej wybijający co godzinę melodię „Kuranta Sądeckiego” skrywa w sobie niejedną opowieść, jak na przykład historię ocalenia, podczas drugiej wojny światowej, pewnej dziewczyny. Stefan Mazur, pracownik zegarmistrzowskiej pracowni Henryka Dobrzańskiego opiekującej się ratuszowym zegarem, wyprowadził z sądeckiego getta i ukrył w wieży młodą Żydówkę. Leżała tam nieruchomo przez dwa miesiące pod tykającym i dzwoniącym mechanizmem zegara. Po tym okresie bliską nerwowego załamania, w męskim przebraniu wyprowadził ją z ratusza jej opiekun. Ocalała.

Stojąc na nowosądeckim rynku trudno nie zauważyć wież kościoła św. Małgorzaty. Znajduje się on nieopodal, więc udaję się w jego stronę. Dzisiaj podniesiona do rangi bazyliki świątynia jest jedną z najstarszych w mieście. Dokładne jej początki nie są znane, pierwsze wzmianki o jej istnieniu pochodzą z 1448 roku. Dzisiejszy wygląd świątyni jest wynikiem regotycyzacji, jakiej była poddana w latach 50-tych zeszłego wieku. Dwie, strzeliste wieże, ostry, spadzisty dach oraz wysokie gotyckie okna wskazują na średniowieczną historię tego kościoła. W środku kościoła zachowuję ciszę, nie tylko ze względu na charakter miejsca, ale też dlatego, że ogrom wnętrza zapiera mi dech w piersiach. Przede mną wczesnobarokowy ołtarz w centrum którego jest obraz Jezusa Przemienionego. Intryguje mnie ten wizerunek Veraicon namalowany w stylu bizantyjskim, dla którego co roku na uroczystość Przemienienia Pańskiego (6 sierpnia) przyjeżdża tutaj od wieków tysiące wiernych. Z tym obrazem jest związana ciekawa legenda o powstaniu Nowego Sącza w 1292 roku, którą spisano w 1661 r.

Nowy Sącz
W przyziemiu północnej wieży bazyliki w Nowym Sączu zachowały się drzwi, na których w 1617 r. podpisało się czterech hejnalistów miejskich. Foto: Miezia.

Głosi ona, że: „Obraz namalowany przez św. Łukasza Ewangelistę znajdował się na początku w Jerozolimie a następnie na skutek układów między Portą Otomańską a Moskwą stał się własnością cara moskiewskiego. Ten z kolei miał go podarować królowi czeskiemu Wacławowi, który przebywał czasowo na Węgrzech. Gdy posłowie z tym obrazem na Węgry jechali wówczas przez wieś Kamienicę, tj. miejsce, gdzie później lokowano Nowy Sącz, wóz stanął, bo konie i woły ciągnące go nie chciały jechać dalej. Wezwany pustelnik z III zakonu św. Franciszka kazał rozpakować wóz i ująwszy obraz Przemienienia Pańskiego polecił go wyłożyć i tu pozostawić. Wóz teraz mógł spokojnie odjechać. Król Wacław dowiedziawszy się o tym wydarzeniu, kazał założyć w tym miejscu miasto Nowy Sącz, a w wybudowanym przez siebie klasztorze w r. 1297 OO. Franciszkanów ten obraz umieścić.”(1) Nie mam ochoty opuszczać tego miejsca. Pozwalam się unieść kunsztowi obrazów i rzeźb znajdujących się w bazylice i zostaję tu chwilę dłużej.
Po opuszczeniu chłodnych wnętrz bazyliki zmierzam do znajdującego się obok Domu Gotyckiego, w którym dzisiaj mieści się Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Dawniej była to siedziba kanoników i wikariuszy z pobliskiego kościoła. Z zewnątrz swoją surową konstrukcją budynek przypomina czasy XV wieku, kiedy to powstał. Teraz wnętrza są zaadoptowane na muzeum, które kryje w sobie wiele pamiątek historycznych. Zawsze chciałem zobaczyć jak z bliska wygląda oryginalny cerkiewny ikonostas, dlatego wchodzę do środka. Na wyciągnięcie ręki mam rzeźby Wita Stwosza, a ludowe rękodzieło z XVIII i XIX wieku udowadnia mi jak utalentowani byli wtedy mieszkańcy regionu.

Później udaję się w kierunku klasztoru oo. Jezuitów. Sprowadzeni w 1831 roku do miasta wprowadzili się do opuszczonych budynków po dawnej siedzibie oo. Norbertanów. Wybudowany w 1410 roku klasztor przetrwał zawieruchy wojenne i teraz jest miejscem kształcenia młodzieży na wysokim poziomie.

Zamek w Nowym Sączu
Ruiny zamku. Foto: Paweł Schmidt, Creative Commons.

Mój spacer po Nowym Sączu prowadzi mnie nieustannie na północ, w stronę ruin zamku królewskiego, pamiątki po siedzibie starostów grodowych. Miejsce to było niegdyś dumą miasta. Dzisiaj pozostały tylko Baszta Kowalska i fragmenty przyziemia z piwnicami. Budowla ufundowana w 1350 roku przez Kazimierza Wielkiego miała swoje okresy wzlotów i upadków. Sądecki zamek miał upodobanie u wielu polskich władców. To tutaj w 1409 roku król Władysław Jagiełło z księciem Witoldem planowali bitwę pod Grunwaldem. Swoją obecnością zaznaczyli się tutaj chociażby Kazimierz Jagiellończyk, Jan III Sobieski, Jan Kazimierz i królowa Jadwiga. Począwszy od XVII wieku Nowy Sącz zaczął tracić na znaczeniu i podupadać, a wraz z nim zamek. W czasach zaborów w zamku mieściło się więzienie i areszt. Próby otworzenia w nim muzeum w latach międzywojennych przekreśliła II wojna światowa. Dzisiejsze ruiny są efektem wybuchu zamku w niemalże przeddzień (18.01.1945) wyzwolenia miasta spod okupacji hitlerowskiej. Tego dnia wyzwalający miasto partyzanci w obawie przed użyciem siły przez okupanta, podłożyli ładunki wybuchowe pod magazyn broni palnej, który wtedy znajdował się w zamku. Miejsce to jednak na nowo odżywa. Być może nie ze względu na bogatą historię, lecz z powodu postaci pewnego rycerzyka. Mianowicie pod zamkową skarpą znajduje się nieco szokująca i wprowadzająca w niemałe zakłopotanie rzeźba chłopca w przebraniu rycerza. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chłopiec siusia. Ta ni to fontanna, ni to rzeźba złamała monopol mieszkańców Brukseli na posiadanie siusiającego pomnika. Sądecka fontanna ma przypominać o starej legendzie o rycerzu, który pilnował ruin zamku i nie dał się uwieść rzecznym nimfom, które sprowadzały na każdego tylko nieszczęścia.

Kieruję się z powrotem w stronę Rynku, wybieram jednak inną drogę. Mijam nieczynną już Synagogę, której obecność przypomina o tym, że w północnej części Starego Miasta znajdowała się niegdyś dzielnica żydowska, a w czasie II wojny światowej getto. Przed wojną niemal 1/3 spośród 34 tysięcy mieszkańców Nowego Sącza stanowili Żydzi. Dzisiaj nie ma w mieście ani jednego wyznawcy religii judaistycznej. Jedną z pamiątek po ich obecności jest m.in. ta synagoga mieszcząca dziś oddział sądeckiego muzeum. Przy jednej z bocznych uliczek moją uwagę zwraca smukła wieża. Okazuje się, że to dawny klasztor oo. Franciszkanów, który został skasowany przez zabór austriacki pod koniec XVIII. Dzisiaj to miejsce służy lokalnej wspólnocie protestanckiej. Gdy docieram znów na Rynek mam ochotę na lody, swoje kroki kieruję więc w stronę Lodziarni Argasińskich, która działa tu od 1937 roku. Do dziś kontynuuje ona tradycję sprzed lat. Lody smakują dokładnie tak samo, jak dawniej, gdy próbowałem je będąc jeszcze dzieckiem. Są to zdecydowanie najlepsze lody pod słońcem bez względu na pogodę i porę roku. Delektując się deserem zastanawiam się co jeszcze mogę dzisiaj zobaczyć w Nowym Sączu.

Po słodkiej przerwie wsiadam w autobus komunikacji miejskiej i udaję się na małą przejażdżkę ze Starego Miasta do Starej Kolonii. Chcę zobaczyć jedyne w kraju w całości zachowane kolejarskie osiedle robotnicze sprzed ponad 100 lat. Prowadzą do niego wspomniane wcześniej Aleje Wolności przechodzące w Aleje Batorego. Jest to historyczna ulica, po której według dawnych i niezrealizowanych planów miała wieść linia tramwajowa łącząca nowosądecki rynek z dworcem PKP. Dzisiaj jest to ruchliwa dwupasmowa arteria przypominająca krakowskie aleje Trzech Wieszczów. Ciekawe jak wyglądałyby dzisiaj, gdyby obok pędzących samochodów jeździłyby również tramwaje… Gdy docieram do Starej Kolonii przede mną ukazuje się zabytkowy, secesyjny dworzec kolejowy. W dzielnicy czuć klimat kolejarskiego osiedla. Wzdłuż kilku równoległych ulic stoi ponad 100 identycznych domów, które zbudowano dla robotników kolejowych. Do dziś mieszkają tu rodziny, które od pokoleń są związane z tym przemysłem. Po drugiej stronie dworca znajduje się zakład kolejowy Newag, który nieprzerwanie od 1876 roku remontuje i buduje nowe składy pociągów osobowych, metra czy szybkiej kolei. Stoję sobie na kładce nad torami kolejowymi, pomiędzy dworcem, a wspomnianym wcześniej Newagiem. Roztacza się stąd wspaniały widok na otaczające zewsząd miasto beskidzkie góry. W tym miejscu doskonale widać, że Nowy Sącz położony jest w malowniczej Kotlinie Sądeckiej. Przy dobrej widoczności można dostrzec nawet Tatry. Takiego krajobrazu z pewnością można pozazdrościć.

Nowy Sącz
Biały Klasztor. Foto: JanPoszept, Creative Commons.
Przede mną jeszcze trochę miejsc, które chcę zobaczyć. Pomiędzy ogromnymi blokowiskami na przedmieściach znajduje się Klasztor ss. Niepokalanek, zwany inaczej „Białym Klasztorem”. Biała, eklektyczna budowla zbudowana na planie czworokąta sprawia wrażenie niezwykle smukłej i lekkiej. Po przekroczeniu bramy w kamiennym murze trafiam do innego świata. Spokój i cisza tego wyjątkowego zespołu klasztorno-parkowego pozwalają przenieść się w początki XX wieku, kiedy te okolice były niemalże bezludną wsią. Idąc dalej w stronę Alei Piłsudskiego, zwanych potocznie „obwodnicą”, mijam ogromny kościół pw. Matki Bożej Niepokalanej. Ta zbudowana na planie liścia świątynia wprawia mnie w osłupienie. Wysoka na 62 metry, długa na 69 metrów i podobnie szeroka jest największą budowlą w Nowym Sączu. Chyba śmiało może swoimi rozmiarami konkurować z Bazyliką w Licheniu. Jest to wotum wdzięczności mieszkańców i władz miasta za 700-lecie istnienia miasta. Ukończona w 1992 roku świątynia jest symbolem nowoczesnej architektury i nie pozwala przejść obojętnie obok jej zmyślnych kształtów. Dalej wzdłuż „obwodnicy”oraz ulicy 1 Brygady można podziwiać na ścianach murowanych garaży fantastyczne graffiti. Nie są to akty wandalizmu, ale prawdziwa sztuka. Kilkadziesiąt dzieł, które odejmują mi mowę ilekroć je widzę. Wizerunek Jana Pawła II, uśmiechnięta buzia małego dziecka czy pogodna twarz starszej osoby – każde malowidło przedstawia jakąś postać pełną emocji i ekspresji. Spacerując przyglądam się każdemu z osobna i czuję się, jak w jakiejś galerii sztuki współczesnej na świeżym powietrzu. Znajduje się też tu mural przedstawiający m.in. sądeckie góry, postacie Lachów Sądeckich w regionalnych strojach czy twarz słynnego Nikifora Krynickiego. Dla każdego wielbiciela graffiti jest to absolutny „must seen” w Nowym Sączu. Talent sądeckich młodych grafficiarzy doceniły również władze miasta, które pozwoliły im pomalować jedną z bocznych fasad kamienicy w centrum miasta.

Dzień powoli dobiega końca. Obiad postanawiam zjeść w restauracji w podziemiach ratusza. To tam znajduje się słynny dom pierogów, gdzie ich rodzajów jest co niemiara. A wieczorem planuję pójść na gorącą czekoladę do Kawiarni Prowincjonalnej na Starym Mieście, gdzie w klimatycznych wnętrzach czuję się jakbym przeniósł się w lata międzywojenne. Spędzam ten dzień aktywnie, jednak myślami już jestem w Sądeckim Parku Etnograficznym, gdzie jutro poznam zwyczaje i tradycje moich pradziadków.

(1) „Nowy Sącz. Przewodnik po zabytkach.” pod red. Ireny Styczyńskiej

[mappress mapid=”54″]

5 KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AlphaOmega Captcha Classica  –  Enter Security Code
     
 

Sądeczanin. Miłośnik Beskidów. Lokalny patriota. Włóczykij i wędrowiec. Ma na sumieniu wiele popełnionych podróży po Polsce i Europie. ZOBACZ TAKŻE -> www.facebook.com/sadecki.wloczykij