Miejsca które warto zobaczyć Archive

0

Żurawickie gniazdo szlacheckie

dwór w Żurawnicy

dwór w Żurawnicy
Dwór w Żurawnicy w roku 1907. Foto: Izabela Fac.
Dziś nie ma tu już gwaru głosów, codziennej pracowitej krzątaniny w zabudowaniach. Nie ma już świateł w oknach, eleganckich powozów i gości. Dwór w podprzemyskiej Żurawicy odzwierciedla dzieje polskiej szlachty, której władze komunistyczne odmówiły powrotu do jej domów, a szlacheckie gniazda skazały na powolne znikanie z polskiego krajobrazu. Wprawdzie po 1989 r. sytuacja przyniosła poprawę losu dworów i dworków, jednak wiele z nich czeka jeszcze na mądrych właścicieli i opiekunów. Jednym z jest właśnie dawny dworek Sapiehów.

Niedaleko kościoła parafialnego, na niewielkim wzgórzu stoi drewniany dwór. „Wśród przeróżnych drzew parku, na stropie pagórka, stał piękny dworek z drzewa z połacią podwórka. Miły skromny zaścianek, wapnem pobielany, Księcia Sapiehy własność…” – tak opisywał żurawicki zabytek Stefan Politowski w swoich rymowanych wspomnieniach o polskich siłach zbrojnych z II wojny światowej, pt. „Mit arrasów wawelskich…”. I dalej z iście mickiewiczowskim zacięciem pisał: „…Od wschodu miał werandę, dach był gontem kryty. Okna godne zaścianka; ganeczek pokryty latoroślą winogron. Pod oknami grządka, wysłana róży kwieciem. […] Dworek był stylowy, cichy, zawsze czysty, nie na bale, łowy…”. Tak własność Sapiehów wspominał naoczny świadek pięknych czasów majątku żurawickiego.

dwór w Żurawnicy
Dwór w Żurawnicy. Stan obecny. Foto: Izabela Fac.
Zanim jednak Żurawica trafiła w ręce Sapiehów, jej dzieje były burzliwe, przechodziła z rąk do rąk. Najstarsza wzmianka o Żurawicy pojawia się w dokumencie Władysława Jagiełły, wystawionym w Solcu 15 września 1388 r., kiedy to na prośbę Jaśka ze Sprowy herbu Odrowąż król przeniósł z prawa polskiego na magdeburskie jego wsie Większą i Mniejszą Żurawicę, „monastir Zurawam” i Dusowce. Dokumenty mówią wyraźnie o istniejącej już wsi i do tego posiadającej prawo polskie. Musiała być wsią zasobną, skoro w 1406 r. biskup przemyski Maciej erygował tutaj parafię, która otrzymała uposażenie w postaci ziemi oraz dziesięciny. Prawdopodobnie wkrótce powstała tu szkoła, ponieważ stąd właśnie wyruszył po dalszą edukację najwybitniejszy Żurawiczanin – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Marcin Król. Być może jeszcze wcześniej niż parafia łacińska, istniała tu parafia prawosławna (potem grekokatolicka), po której do połowy XX w. istniała piękna murowana cerkiew, którą ufundowali Sapiehowie.

Wieś i dwór obronny, który pierwotnie prawdopodobnie znajdował się na wschód od dzisiejszego dworku, zmieniały przez wieki właścicieli. Władali nimi dziedzice Jaśka ze Sprowy, potem Lubomirscy, Stanisław Stadnicki (słynny „Diabeł łańcucki”) i jego synowie, potem Korniaktowie. Na początku XIX w. Żurawicę kupił Wojciech Rudolf Horodyski herbu Korczak i to od jego syna Józefa Żurawicę Ruską i Lacką w 1834 r. kupił książę Leon Sapieha, który zanim nabył Krasiczyn, prawdopodobnie tu spędził wraz z rodziną pewien czas (wcześniej w Piskorowicach, dzierżawionych od rodzin żony – Zamoyskich). W następnych latach jednak ani on, ani jego syn Adam nie mieszkali w Żurawicy. Dopiero prawnuk Leona – Andrzej osiadł w majątku żurawickim i mieszkał w dworze, który stał się świadkiem jego działań społecznikowskich i wzorcowego gospodarowania majątkiem. W 1943 r. Andrzej Sapieha, zagrożony aresztowaniem za pracę na rzecz państwa podziemnego, na rozkaz dowódcy AK gen. T. Bór-Komorowskiego wyjechał ze specjalnym zadaniem za granicę. Do ukochanej Żurawicy już nie wrócił, zaginął w maju 1945 r. w Rumunii, do dziś nie wiadomo jakie były jego losy…

dwór w Żurawnicy
Dwór w Żurawnicy. Stan obecny. Foto: Izabela Fac.
A dwór w Żurawicy? Pierwotnie istniał tu wspomniany zameczek lub dwór obronny, zbudowany na niewielkim wzniesieniu. Pozostały po nim tylko ziemne XVI i XVII-wieczne fortyfikacje bastionowe. Natomiast istniejący do dziś dworek powstał prawdopodobnie u schyłku XVIII w. za czasów poprzedników Horodyskich.
Jest to stosunkowo niewielki, składający się z dwóch korpusów, drewniany parterowy dworek, przebudowany w ciągu XIX w. Główny zwrócony jest na północ, zbudowany na planie prostokąta na sklepionych kolebkowo piwnicach z cegły palcówki, drewniany o konstrukcji zrębowej. Elewacje ma obite skośnymi listwami, wypełnione cegłami. Gładkie tynki elewacji dłuższych rozczłonkowano za pomocą lizen oraz płycin. Przy sześcioosiowej elewacji południowej znajdował się kiedyś podjazd i główne wejście. Przy dwuosiowej wschodniej elewacji bocznej występował podcień wsparty na czterech cienkich filarach wysuniętych i dwóch narożnikowych przyściennych. Korpus ten nakryto wysokim łamanym dachem „polskim”, podbitym gontami.
Prostopadle do jego elewacji południowej, przy odcinku wschodnim korpusu głównego, prawdopodobnie trochę później i na terenie nieco obniżonym, wzniesiono krótszą oficynę kuchenna i gospodarczą. Otrzymała ona dach podobny i czterofilarowy podcień przy ścianie krótszej. W połaci dolnej dachu, nad podcieniem, umieszczono niewielką facjatkę. Z czasem wolno stojącą oficynę połączono z korpusem głównym z jedną harmonijną całość.
Wnętrze głównego korpusu mieszkalnego miało płaskie sufity i układ dwutraktowy. Natomiast oficynie, późniejszemu skrzydłu, nadano układ jednotraktowy.
Do zespołu architektonicznego, harmonizującego z całością założenia, należał jeszcze piętrowy murowany spichlerz i zabudowania folwarczne. Dwór znajdował się w otoczeniu parku krajobrazowego od strony wschodniej, który być może sięgał swymi początkami końca XVIII lub pocz. XIX w. i obejmował także dawne fortyfikacje. Starodrzew składał się przede wszystkim z wiązów i lip. W parku żurawickim występowały także pojedynczo lub w skupiskach platan klonolistny, sosna wejmutka, miłorząb japoński, orzech czarny, surnia katalpa, brzoza czarna, magnolie, daglezje, kasztanowce białe, czeremchy i jesiony. Piękny i zabytkowy park został zniszczony w latach 60-tych XX w. podczas budowy linii wysokiego napięcia, kiedy to w bezwzględny sposób wycięto większość cenniejszych gatunków drzew i krzewów ozdobnych.

Dzisiaj żurawicki dworek popada w coraz większą ruinę, resztek założeń parku trudno odnaleźć. I trudno w nim odnaleźć tamto, opisywane w mickiewiczowskim stylu, szlacheckie gniazdo.

0

BBC: dronem nad Auschwitz

film z lotu ptaka nad Auschwitz

BBC w swoim kanale youtube opublikowało film ukazujący niemiecki, nazistowski obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau z lotu ptaka. Obóz ten stał się miejscem zagłady ponad miliona osób, głównie Żydów. Stał się on symbolem Holocaustu i obecnie znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

0

Archeolodzy odnaleźli ślady na Św. Krzyżu wcześniejszych kościołów

Klasztor na Świętym Krzyżu

Klasztor na Świętym Krzyżu
Klasztor na Świętym Krzyżu. Foto: Jakub Hałun, Creative Commons.
Archeolodzy prowadzący prace pod posadzką bazyliki na Świętym Krzyżu odkryli ślady trzech wcześniejszych kościołów, które stały w tym miejscu oraz zawaloną kryptę – prawdopodobnie romańską. „To pierwsze takie odkrycie w tym miejscu. Liczę, że po żmudnym okresie interpretacyjnym uda nam się zaproponować zarys zarówno romańskiego jak i gotyckiego kościoła” – powiedział w piątek PAP archeolog od lat badający klasztor na Świętym Krzyżu dr Czesław Hadamik. Obecna XIX wieczna świątynia jest czwartym kościołem wzniesionym w tym miejscu.

„W jednym z wykopów odkryliśmy poziomy użytkowe prawdopodobnie kościołów gotyckiego i barokowego. Widzimy kamienną posadzkę na wapiennej zaprawie, bardzo starannie wykonaną” – powiedział dr Hadamik. Wiele wskazuje na to, że pamięta ona czasy, gdy na Święty Krzyż z pielgrzymkami przybywał Władysław Jagiełło oraz Kazimierz Jagiellończyk. Nieco bliżej północno-zachodniego narożnika świątyni, naukowcom udało się prawdopodobnie odnaleźć bardzo cenną pozostałość po romańskim, pierwszym kościele wzniesionym już w XII wieku. „Tu jest najciekawsza rzecz, według naszej oceny mamy do czynienia z zapadłym sklepieniem romańskiej krypty pamiętającej czasy najstarszej świątyni. Znaleźliśmy tu pojedyncze kości ludzkie, które wymagają badań antropologicznych. Mamy tutaj jak dotąd jedyny grób odkryty „in situ” w obrębie kościoła” – podkreślił Hadamik.

Klasztor na Świętym Krzyżu.
Klasztor na Świętym Krzyżu. Foto: Agnieszka Parkitna, Creative Commons.
Jak dodał, krypta mogła zostać „oczyszczona” w połowie XVIII wieku, kiedy wszystkie szczątki odnalezione podczas remontów klasztoru zebrano w jedno miejsce i złożono pod ołtarzem z 1766 roku, który do dziś można zobaczyć w świętokrzyskich krużgankach. Odkrycie jest dobrą okazją do tego, by z większą dokładnością spojrzeć na dzieje rozbudowy klasztoru na Świętym Krzyżu. W północnej ścianie bazyliki już wcześniej odnaleziono fragmenty romańskiej budowli. Jedno z jej okien jest widoczne na pierwszym piętrze budynku klasztornego tuż przy posadzce. „Znajduje się ono około sześciu metrów od podłoża” – wyjaśnił naukowiec.

Jak przypomina dr Hadamik, pierwszy kościół romański prawdopodobnie został wybudowany w XII i XIII wieku. Został wspomniany w tzw. „latopisie wołyńsko-halickim”, który opisywał wypadki związane z drugim najazdem tatarskim na Polskę (zima 1259/60). „Tam jest jedno zdanie nieznanego ruskiego kronikarza, z którego wynika, że Tatarzy musieli zdobywać gród na Łyścu, w którym znajdowała się kamienna „cerkiew” pw. Świętej Trójcy. Wiele wskazuje jednak na to, że nie zniszczyli kościoła” – powiedział.

W początkach XIV wieku, pojawiły się tu relikwie Św. Krzyża, być może przywiezione z Węgier przez Władysława Łokietka. „Od tej chwili, ten klasztor zaczynał stopniowo swoją karierę sanktuarium. Rozbudowa odbyła się w pierwszej połowie XV wieku i fundował ją Władysław Jagiełło i później Kazimierz Jagiellończyk. Bardzo poważnym sponsorem był kardynał Zbigniew Oleśnicki. Wiemy, że wówczas ten pierwotny kościół romański nie był zburzony, a poszerzany w kierunku wschodnim i zachodnim” – powiedział dr Hadamik.

Jak wynika z notatki z połowy XV wieku świątynia była rozbudowana zarówno od strony wschodniej jak i zachodniej, czyli prezbiterium i kruchta. „Mamy prawo przypuszczać, że nowy gotycki kościół by mniej więcej dwa razy dłuższy niż pierwotny romański” – dodał archeolog. „Trzeci barokowy kościół powstał z rozbudowy prowadzonej przez opata Stanisława Sierakowskiego około połowy XVII wieku. W kronice zakonnika świętokrzyskiego z 1690 roku istnieje jedyny wizerunek kościoła sprzed XIX wieku. Można na nim zobaczyć, że jego korpus pozostał gotycki, natomiast od zachodu powstała fasada z dwiema wieżami zwieńczonymi barokowymi hełmami” – opowiadał.

Święty Krzyż
Klasztor na Świętym Krzyżu. Foto: Paweł Cieśla, Creative Commons.
Obecny kościół powstał po pożarze w 1777 roku. Ściany były podobno w tak złym stanie, że postanowiono całkowicie rozebrać świątynię, która stopniowo narastała od XII wieku. Wtedy zdecydowano o zburzeniu kościoła i wyrównania terenu. Przy okazji utracono wszystkie nagrobki i tablice. „Zachowała się tylko jedna tablica opata Michała z Krakowa – jednego z najwybitniejszych opatów świętokrzyskich w XV w., dyplomaty i bliskiego współpracownika Kazimierza Jagiellończyka” – zauważył dr Hadamik. Fasady obecnego kościoła są późnobarokowe natomiast wnętrze jest typowo klasycystyczne typowe dla czasów Stanisława Augusta.

Według tradycji utrwalonej przez Jana Długosza opactwo benedyktyńskie powstało w 1006 roku z fundacji Bolesława Chrobrego. Z badań historyków (m.in. prof. Marka Derwicha) wynika, że powstało ono nieco później bo w XII wieku. Jako założyciela wskazują oni Bolesława Krzywoustego. W okresie panowania dynastii Jagiellonów Święty Krzyż był najważniejszym sanktuarium w Polsce.

W lutym 2013 roku papież Benedykt XVI zdecydował o nadaniu kościołowi Św. Trójcy na Świętym Krzyżu tytułu bazyliki mniejszej. Była to jedna z ostatnich decyzji podjętych w czasie jego pontyfikatu. Dekret Stolicy Apostolskiej w tej sprawie został uroczyście odczytany 16 czerwca 2013 roku.

Artykuł pochodzi z serwisu Nauka w Polsce.

0

Szlakiem Kulinarnym Podkarpacia, część 3: Basznia Dolna-Starzawa-Chotyniec

Pasta z wędzonym karpiem i karp zrolowany

Karp starzawski - nadziany
Karp starzawski, nadziany. Foto: Grażyna Kubiak.
Dotychczas gdy opowiadałam o swoich podróżach po Małopolsce pokazywałam wam zamki, dwory, snułam opowieści o ludziach, którzy niegdyś tam zamieszkiwali, przypominałam legendy i historie związane z tymi miejscami. Dziś chciałabym zabrać was w podróż kulinarną. Zachęcić was nie tylko do oglądania zabytków, ale również poznawania lokalnych zwyczajów i przepisów kulinarnych oraz posmakowania, rzec można, regionalnej kultury. Poprowadzę was szlakiem kulinarnym „Podkarpackie Smaki”, który wiedzie przez miejsca dbające o kulinarne tradycje regionu. Pomysł turystyki kulinarnej na Podkarpaciu jest arcyciekawy – ze względu na położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne, bliskość granicy i wielokulturowość tego regionu. Wszystko to ma ogromny wpływ na różnorodność potraw i ich smak. Posmakujemy m.in. pączków ziemniaczanych, kiełbasy z karpia, domowych serów, omletu na miodzie lubaczowskim, żuru na zakwasie i pierogów z karpiem, dowiemy się co to są proziaki, jaglak i studzienina oraz jak przyrządzić zupę z pokrzywy i krem z wędzonym karpiem. Żadne zdjęcia nie są w stanie oddać niezwykłego aromatu i wyśmienitego smaku potraw jakie można skosztować na kulinarnym szlaku Podkarpacia. Zobaczycie na nich jednak, że zostały przyrządzone i podane w wyjątkowy sposób. Zapraszam do lektury trzeciej części kulinarnych wędrówek po Podkarpaciu (zobacz część pierwszą oraz drugą).

Dworek w Kresowej Osadzie.
Dworek w Kresowej Osadzie. Foto: Grażyna Kubiak.
Z Rudy Różanieckiej udaliśmy się w dalszą drogę – do Baszni Dolnej w której znajduje się Kresowa Osada, pełna atrakcji dla dorosłych i dzieci oraz niezwykłych specjałów regionalnej kuchni. Jest ona wioską tematyczną, w której w ciekawy sposób moża spędzić czas. Każdy znajdzie coś dla siebie: i miłośnicy historii, i zwolennicy aktywnego wypoczynku, i ci, którzy kochają przyrodę, ciszę i pyszne tradycyjne potrawy. Po nocy spędzonej w odtworzonym dworku ziemiańskim w Kresowej Osadzie, przyszedł czas na śniadanie. We wnętrzach secesyjnej restauracji ugoszczono nas po królewsku. Na stołach znalazło się wszystko, o czym wcześniej tylko czytaliśmy w śniadaniowym menu.

Zupa z pokrzywy
Zupa z pokrzywy. Foto: Grażyna Kubiak.
Było więc tradycyjne pieczywo, wyrabiane i pieczone w Kresowej Osadzie oraz wspaniałe sery – ziołowy, w panierce paprykowej z dodatkiem czosnku niedźwiedziego, z czarnuszką, a także wędzony serowy makaron – wszystkie własnego wyrobu lokalnego producenta serów. Na zwolenników bardziej treściwych dań śniadaniowych czekały wędliny prosto z wędzarni, a także pasztet z dziczyzny z żurawiną. Nie zabrakło też potraw dla łasuchów – był omlet na miodzie lubaczowskim z owocami, naleśniki z serem i rodzynkami, bułeczki drożdżowe nadziewane z pieca, strudel jabłkowy, a także truskawki z ogródka z czekoladą i duży wybór powideł oraz miodów prosto z ula rozlewanych w Kresowej Osadzie. Nie zabrakło też tradycyjnej nalewki aroniowo-wiśniowej, która doskonale sprawdziła się jako dodatek do śniadania. Wszystkie potrawy, co do jednej, były najwyższej jakości i smakowały doskonale! Moją szczególną uwagę przyciągnęła zupa z pokrzywy z przecieranymi kluseczkami i to przepisem na ten specjał chcę się z Wami podzielić. Kucharz nie zdradził wprawdzie receptury na tę niecodzienną zupę, ale popytałam tu i ówdzie i uzyskałam taki oto przepis:

Zupa z pokrzywy:
Składniki: około 500 gram świeżo zerwanych młodych listków pokrzywy, około 1 litra wywaru warzywnego lub mięsno-warzywnego, kilka ząbków czosnku, łyżka mąki, ½ szklanki śmietany, przyprawy – sól, pieprz, imbir, starta gałka muszkatołowa.
Pokrzywę opłukać i sparzyć wrzątkiem. Posiekać. Zalać wywarem, dodać czosnek przeciśnięty przez praskę, gotować około 10 minut. Zmiksować. Śmietanę wymieszać z mąką i zagęścić zupę. Przyprawić. Podawać ze śmietaną, z lanym ciastem lub kluseczkami. Można też podawać z jakiem ugotowanym na twardo.

Dukaty z Kresowej Osady.
Dukaty z Kresowej Osady. Foto: Grażyna Kubiak.
Po wspaniałym śniadaniu nadszedł czas na zapoznanie się z atrakcjami Kresowej Osady. Pierwszych już zakosztowaliśmy – nocleg w pięknym dworku ziemiańskim, wchodzącym w skład wioski i śniadanie w secesyjnej restauracji. W skład wioski wchodzi jednak wiele obiektów, a w każdym z nich znajdziemy coś ciekawego. I tak nieopodal dworku mamy Galerię Lokalnej Historii, czyli muzeum multimedialne z ciekawą ekspozycją dotyczącą głównie wypraw wojennych hetmana Sobieskiego. Możemy się tu przebrać w wirtualne stroje z tamtej epoki. Znajdziemy tu też eksponaty i mnóstwo ciekawych informacji dotyczących historii Huty Kryształów. Przed wejściem do Galerii możemy sami sobie wyprodukować najprawdziwszy, srebrny lub złoty dukat z Kresowej Osady i otrzymać stylową sakiewkę na te niecodzienne środki płatnicze. W pobliżu Galerii znajduje się dawna zagroda włościańska z oryginalnym wyposażeniem. Wewnątrz, przemiłe panie w strojach ludowych powitały nas świeżo upieczonymi gorącymi bułeczkami drożdżowymi z serem, własnoręcznie upieczonymi w najprawdziwszym piecu. Wspaniale wyposażone wnętrze i zapach drożdżowego ciasta, przeniosły nas na chwilę w czasie. Po chwili zadumy udaliśmy się do stojącej nieopodal stuletniej stodoły przeznaczonej na organizację wystaw i koncertów. Kilka kroków dalej znajduje się dawna karczma wiejska, w której można posmakować kresowego jadła. Kolejne budynki traktują o rzemiośle i rękodziele. Możemy tu przyjrzeć się dawnym, choć wciąż spotykanym profesjom takim jak: kowalstwo, garncarstwo, stolarstwo, a także wyrabianie i zdobienie szkła oraz wziąć udział w wybranych warsztatach rzemieślniczych. W jednym z budynków znajduje się wypożyczalnia sprzętu sportowego – rowerów, kajaków i kijków do nordic walking – co zapewne ucieszy zwolenników aktywnego spędzania czasu, dla których w pobliżu Kresowej Osady wyznaczono wiele tras turystycznych.

Po tak mile spędzonym przedpołudniu nadszedł czas by ruszyć w dalszą drogę – do Starzawy. Zanim jednak tam dotarliśmy, odwiedziliśmy znajdujący się nieopodal Kresowej Osady dworek, zwany Rządcówką. Zbudowany na przełomie XIX i XX wieku wchodziła w skład dawnego folwarku. Ładne miejsce, warte odwiedzenia przy okazji wizyty w Baszni Dolnej i Kresowej Osadzie.

Anna Ostafińska
Anna Ostafińska. Foto: Grażyna Kubiak.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, do Starzawy, gdzie oczekiwała nas Anna Ostafińska. Po przejechaniu 60 kilometrów dotarliśmy na miejsce i zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg. Zewsząd otaczały nas pola, lasy i stawy. Cisza jak makiem zasiał – tak rzadko spotykana w dzisiejszym, zwariowanym świecie. Jechaliśmy jeszcze chwilę wąską drogą pomiędzy stawami i upajając się wspaniałymi widokami i odgłosami przyrody. Wkrótce naszym oczom ukazała się śliczna chatka, ze wszech stron obrośnięta kwieciem. To „Rybaczka”, prywatna przystań właścicieli rozlewiska, umiejscowiona nad brzegiem ogromnego stawu rybnego. Po przekroczeniu progu chatki zaniemówiliśmy, bo to co zobaczyliśmy na stole przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Okazało się bowiem, że Anna Ostafińska posiadła tajniki magii kulinarnej i wyczarowała z naszego niedocenianego polskiego karpia prawdziwe kulinarne arcydzieła. Jeśli dodać do tego śliczny wystrój „Rybaczki”, urządzonej z dużym smakiem i zmysłem artystycznym, częściowo oszklonej (co daje możliwość podziwiania widoków), a także pięknie zaaranżowany stół, to otrzymamy swoisty raj na ziemi.

Nie miałam wcześniej pojęcia, że karpia można przyrządzić na tak wiele sposobów! Były więc: sakiewki z nadzieniem z karpia, rosół z karpia z kluseczkami z karpia, karp zrolowany, karp nadziany, karp wędzony, karp smażony, pasta z wędzonym karpiem i… uwaga – kiełbasa z karpia! Moim zdaniem to prawdziwy rarytas. Wszystko wyglądało tak pięknie, że szkoda było jeść i burzyć tę wspaniałą kompozycję, ale okazało się, że całość smakuje jeszcze lepiej, niż wygląda. Każda potrawa smakowała inaczej i jednocześnie każda smakowała wyśmienicie.

Właścicielka podzieliła się z nami kilkoma przepisami na potrawy z karpia, a ja oddaję w Wasze ręce dwie z tych receptur:
Karp po starzawsku:
Składniki: 1,5 kg karpia, łyżka masła, 30 dag cebuli 1 litr gęstej kwaśnej śmietany, liść laurowy, ziele angielskie, sól, pieprz.
Karpia oczyścić, sprawić i pokroić w dzwonka. W rondlu roztopić masło. Układać warstwami cebulę pokrojoną w piórka i kawałki ryby. Dodać liść laurowy i ziele angielskie, doprawić solą i pieprzem. Wszystko to zalać śmietaną i dusić na wolnym ogniu. Gotowe dzwonka wyłożyć na talerz, polać sosem i udekorować świeżymi ziołami.

Krem z wędzonym karpiem:
Składniki: 130 g. filetów z wędzonego karpia, olej słonecznikowy do duszenia, 2 małe ziemniaki, 2 szalotki, ½ szklanki gęstej śmietany, bulion warzywny lub rosół z karpia, natka pietruszki i gałązka rozmarynu, sól i pieprz, ewentualnie płatki migdałowe.
W rondlu rozgrzać olej i udusić pokrojoną szalotkę, dodać pokrojone w kostkę ziemniaki, zalać bulionem i gotować na wolnym ogniu przez 30 minut. Rozdrobnione filety wędzonego karpia dodać do gotowego wywaru, zmiksować i dodać śmietanę. Doprawić do smaku i zagotować. Krem udekorować rozmarynem lub prażonymi płatkami migdałowymi.

Starzawa, to tak urokliwe miejsce, że nie miałam najmniejszej ochoty stamtąd wyjeżdżać. Po wspaniałym obiedzie, podziwianiu widoków i odpoczynku przyszedł jednak czas, żeby ruszyć w dalszą drogę. Następnym punktem wyjazdu, była cerkiew w Chotyńcu, jednak zanim tam dotarliśmy, odwiedziliśmy jeszcze łowisko w Starzawie – raj dla wędkarzy i zdobywców wędkarskich trofeów. Tuż przy łowisku znajduje się sklepik w którym można zakupić wyroby Anny Ostafińskiej – tym razem w słoikach, np. karpia w oleju lub karpia w pomidorach.

Cerkiew w Chotyńcu
Cerkiew w Chotyńcu. Foto: Grażyna Kubiak.
Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy dotarliśmy do Chotyńca. Ukryta wśród drzew grekokatolicka cerkiew Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy, wpisana na listę UNESCO uznawana jest za jedną z najpiękniejszych świątyń w Polsce. Dokładna data budowy cerkwi nie jest znana, jednak uznaje się, że powstała około roku 1600. W kolejnych stuleciach budowlę wielokrotnie remontowano i przebudowywano. Po wysiedleniu ludności ukraińskiej w roku 1947, cerkiew opuszczono i zamknięto. Następnie służyła przez pewien czas jako kościół katolicki, ale w II połowie XX wieku została ponownie zamknięta, z uwagi na zły stan techniczny. Z końcem XX wieku została zwrócona cerkwi grekokatolickiej która przeprowadziła generalny remont tej bezcennej świątyni. Usytuowana na lekkim wzniesieniu, obwiedziona murem i otoczona starodrzewiem, prezentuje się przepięknie. Ma tradycyjną trójdzielną bryłę, złożoną z wysokiej nawy oraz z dwóch niższych części – ołtarzowej i babińca. Poszczególne części zostały nakryte kopułami. Wewnątrz znajduje się bogato zdobiony XVII-wieczny ikonostas, którego jednak nie było mi dane obejrzeć. Nie ma rady – trzeba będzie wrócić. I taką oto ucztą dla oczu zakończyliśmy tę dwudniową, niezwykle wartościową i przyjemną wyprawę.

Pozostało jeszcze tylko wrócić do Rzeszowa, skąd rozpoczynaliśmy poprzedniego dnia naszą wyprawę. To śliczne miasto, z ciekawą historią. Nie omińcie go w czasie swoich wakacyjnych wędrówek. A co ciekawego można zobaczyć w pięknym Rzeszowie, to już zupełnie inna historia, o której niebawem opowiem.

Z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że połączenie zwiedzania i tradycji kulinarnych to doskonały sposób na spędzenie wolnego czasu i wspaniała lekcja dziedzictwa kulturowego, w skład którego wchodzą przecież i tradycje kulinarne. Polecam serdecznie taki rodzaj turystyki. Byłam, sprawdziłam, warto.

1

Szlakiem Kulinarnym Podkarpacia, część 2: Radruż – Nowe Brusno – Ruda Różaniecka

Pierogi z karpiem

Pierogi z karpiem
Pierogi z karpiem. Foto: Grażyna Kubiak.
Dotychczas gdy opowiadałam o swoich podróżach po Małopolsce pokazywałam wam zamki, dwory, snułam opowieści o ludziach, którzy niegdyś tam zamieszkiwali, przypominałam legendy i historie związane z tymi miejscami. Dziś chciałabym zabrać was w podróż kulinarną. Zachęcić was nie tylko do oglądania zabytków, ale również poznawania lokalnych zwyczajów i przepisów kulinarnych oraz posmakowania, rzec można, regionalnej kultury. Poprowadzę was szlakiem kulinarnym „Podkarpackie Smaki”, który wiedzie przez miejsca dbające o kulinarne tradycje regionu. Pomysł turystyki kulinarnej na Podkarpaciu jest arcyciekawy – ze względu na położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne, bliskość granicy i wielokulturowość tego regionu. Wszystko to ma ogromny wpływ na różnorodność potraw i ich smak. Posmakujemy m.in. pączków ziemniaczanych, kiełbasy z karpia, domowych serów, omletu na miodzie lubaczowskim, żuru na zakwasie i pierogów z karpiem, dowiemy się co to są proziaki, jaglak i studzienina oraz jak przyrządzić zupę z pokrzywy i krem z wędzonym karpiem. Żadne zdjęcia nie są w stanie oddać niezwykłego aromatu i wyśmienitego smaku potraw jakie można skosztować na kulinarnym szlaku Podkarpacia. Zobaczycie na nich jednak, że zostały przyrządzone i podane w wyjątkowy sposób. Zapraszam do lektury drugiej części kulinarnych wędrówek po Podkarpaciu.

cerkiew pw. św. Paraskewy w Radrużu
Cerkiew w Radrużu. Foto: Grażyna Kubiak.
Z Lubaczowa wyruszyliśmy do Radruża, wsi położonej na Roztoczu, około 20 kilometrów od Lubaczowa, w dolinie potoku Radrużka. Dzieje wsi sięgają co najmniej połowy XV wieku – z tego okresu pochodzą pierwsze dokumenty, wzmiankujące o nadaniu przez księcia mazowieckiego Władysława I okolicznych dóbr Piotrowi Pieczykurowi z Wilcz na Mazowszu. Radruż był wtedy liczącą się osadą, bowiem przebiegał tędy szlak, łączący najstarsze ośrodki tego regionu: Lubaczów i Potylicz. Wkrótce wieś zaludniła się nowymi odsadnikami – byli to głównie Rusini. Ich podstawowym zajęciem było rolnictwo, ale zajmowali się również produkcją miodu i hodowlą owiec. Kolejne lata nie były dla Radruża szczęśliwe. Wieś nękana była stale najazdami tatarskimi, wojnami kozackimi, ucierpiała również podczas potopu szwedzkiego. Z początkiem XVII wieku w Radrużu wybudowano hutę, a mieszkańcy zajęli się wydobyciem i obróbką rudy darniowej. Liczba mieszkańców wsi stale rosła, sięgając pod koniec XVIII wieku blisko 1700 osób i stając się tym samym jedną z największych w regionie. Wśród mieszkańców znacząco przeważali unici, ale było też kilkudziesięciu rzymskich katolików i kilku Żydów. Po pierwszym rozbiorze Polski Radruż znalazł się w monarchii habsburskiej, a następnie trafił w prywatne ręce – został sprzedany Piotrowi Doborskiemu. Wieś wielokrotnie zmieniała właścicieli, aż do II wojny światowej, kiedy to nastała okupacja radziecka. Pod koniec wojny wyznaczono nowe granice, a ich przebieg podzielił kilka przygranicznych miejscowości, w tym także Radruż. Większa, zachodnia część wsi, z cerkwią i dworem, znalazła się po stronie polskiej, a wschodnia – na terenie ówczesnego ZSRR. Związek Radziecki upadł, ale stan ten trwa po dziś dzień. Po wojnie ludność ukraińską wysiedlono.

Radruż może poszczycić się unikatowym zabytkiem wpisanym na listę UNESCO – XVI-wieczną cerkwią pw. św. Paraskewy, jedną z najstarszych w Polsce. Stanowi ona część zespołu cerkiewnego w skład którego wchodzi jeszcze wolnostojąca dzwonnica, kostnica oraz kamienny mur przykryty gontowym daszkiem.
Kiedy zza drzew wyłoniły się zabudowania cerkwi, pierwszym, co zwróciło moją uwagę, było jej położenie i otoczenie. Umiejscowiona nieco powyżej drogi, otoczona malowniczym, kamiennym murem, sprawiającym wrażenie nierównego, nieco pofalowanego wyglądała niczym warownia przygotowana do obrony. To skojarzenie okazało się słuszne bowiem cerkiew ta, jak i wiele innych świątyń, pełniła poza religijną również funkcję obronną. W murze znajdują się dwie bramy. Główna prowadzi wprost do wnętrza świątyni. Druga, umiejscowiona z tyłu biegnie na cmentarz. Stoi przy niej XIX-wieczna kamienna kostnica. Obok cerkwi przyciąga wzrok XVI-wieczna dzwonnica, drewniana, wysoka, z rozłożystą dolną częścią – jakby falbaną oraz z ozdobnymi elementami pod dachem. Wewnątrz interesująca konstrukcja z belek i wkomponowane w nią strome drewniane stopnie, prowadzące na szczyt.

cerkiew pw. św. Paraskewy w Radrużu
Cerkiew w Radrużu. Foto: Grażyna Kubiak.
Wnętrze świątyni jest dość ciemne, ciepłe, z charakterystycznym zapachem drewnianych budowli. Ściany z ciemnych desek, w ciepłym odcieniu brązu, niektóre elementy w kolorze niebieskim. Niewiele ławek. Dech w piersi zapiera misterny, barwny, błyszczący i niezwykle cenny XVIII-wieczny ikonostas znajdujący się w centralnej części cerkwi (tam gdzie zwykle w kościołach katolickich umiejscowiony jest ołtarz i prezbiterium). Trudno oderwać wzrok od tych wspaniałych ikon. Wizerunki świętych mają za zadanie wprowadzać wiernych w mistykę liturgii i pomagać w jej lepszym zrozumieniu. Uwagę zwraca też widoczna nad ikonostasem, a pokrywająca całą ścianę ikonostasową, polichromia, którą w roku 1648 namalowano wprost na drewnie. Malowidła zdobią też pomieszczenie znajdujące się za ikonostasem.

Boratynka. Szeląg Jana Kazmierza
Ciekawostka: w trakcie konserwacji świątyni, podczas remontu w latach 1963-1965, miejscowi rzemieślnicy wydobyli spod węgła osiem szelągów króla Jana Kazimierza, datowanych na rok 1665. Obecnie znajdują się one w lubaczowskim muzeum.
Wnętrza cerkwi są wspaniale zachowane i zadbane, choć nie zawsze tak było, bowiem po wysiedleniu ludności ukraińskiej cerkiew została opuszczona i wkrótce popadła w ruinę. W II połowie XX wieku rozpoczęto gruntowny remont świątyni, dzięki czemu przywrócono jej dawny blask. Na czas prac ikonostas umieszczono w muzeum w Łańcucie, skąd niedawno powrócił na swoje miejsce, do Radruża. Obecnie cerkiew znajduje się pod opieką Muzeum Kresów w Lubaczowie i stanowi filię tej placówki. Świątynię można zwiedzać codziennie, a przewodnik jest zawsze w pobliżu. Cerkiew stanowi obiekt muzealny i na chwilę obecną nie odbywają się w niej nabożeństwa. Funkcje liturgiczne w Radrużu sprawuje wzniesiona w 1931 roku drewniana cerkiew pw. św. Mikołaja Cudotwórcy, obecnie użytkowana jako kościół rzymskokatolicki.

Po kilku wspaniale spędzonych godzinach nadszedł czas, by opuścić to magiczne miejsce i wyruszyć w dalszą drogę. Kolejnym punktem naszej wycieczki było Nowe Brusno i znajdująca się tam cerkiew – pod takim samym wezwaniem jak świątynia w Radrużu – św. Paraskewy.

Cerkiew pw. św. Paraskewy w Nowym Brusnie
Cerkiew w Nowym Brusnie. Foto: Grażyna Kubiak.
Cerkiew w Nowym Brusnie całkowicie różni się od poprzedniczki, zarówno położeniem, kształtem, jak i stanem ogólnym. Wybudowana w I połowie XVIII wieku przez Stefana Semenowicza z Płazowa, jest usytuowana przy skrzyżowaniu dwóch traktów wiejskich. W pierwszych latach XX wieku została poddana znacznym przekształceniom. Wtedy to zmieniono kształt kopuł i postawiono nowy babiniec.
Babiniec, to staropolska nazwa pomieszczenia przeznaczonego dla kobiet. Kobiety nie mogły przebywać w głównej nawie świątyni ani w prezbiterium. Budowano więc dla nich osobne pomieszczenia aby mogły brać udział w obrzędach. Panował bowiem pogląd, że kobiety modlące się w nawie głównej rozpraszają mężczyzn. Babińce występowały również w synagogach i pełniły podobną rolę. Babiniec w cerkwi, to jedno z trzech pomieszczeń występujących w świątyni. Umiejscowiony jest jako pierwszy od wejścia, kolejne pomieszczenie to nawa, a dalej prezbiterium. W XVIII wieku zakaz wejścia kobiet do nawy złagodzono, co jest wyraźnie widoczne w późniejszych budowlach – im później je zbudowano, tym ściana oddzielająca babiniec od nawy jest mniej widoczna. Zamiast pełnej ściany stosowano okienka, lub ściany częściowe – tylko po bokach, a czasem zostawiano już same belki stanowiące wsparcie stropu.

Po II wojnie światowej podzieliła los innych cerkwi – została opuszczona i popadła w ruinę. Dopiero z końcem XX wieku budowlę zabezpieczono, a później poddano pracom konserwatorskim, które wielokrotnie przerywano z uwagi na brak środków finansowych. Wiele lat ta piękna, choć mocno zniszczona świątynia, czekała na lepsze czasy i los się do niej uśmiechnął, bowiem trafiła pod opiekę lubaczowskiego Muzeum Kresów. Jeszcze w tym roku mają rozpocząć się prace zabezpieczające przed dalszym niszczeniem, a później również prace renowacyjne. Nieopodal znajduje się cmentarz z interesującymi kamiennymi nagrobkami, wykonanymi przez miejscowych rzemieślników. Elementy wnętrza cerkwi przechowywane są w muzeach w Łańcucie i Przemyślu.

Karczma pod Szczęśliwym Karpiem. Dębowy Dwór.
Karczma pod Szczęśliwym Karpiem. Dębowy Dwór. Foto: Grażyna Kubiak.
Pełni pozytywnych wrażeń opuściliśmy Nowe Brusno i zmęczeni całodniową eskapadą postanowiliśmy znaleźć jakieś miłe miejsce, aby odpocząć i zakosztować specjałów podkarpackiej kuchni. W tym celu udaliśmy się o Rudy Różanieckiej gdzie znajduje się Dębowy Dwór. Jest to ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy z restauracją, w której serwowane są roztoczańskie specjały – ze wskazaniem na regionalne dania z ryb. Tuż obok Dębowego Dworu znajduje się niewielka wyspa na wodzie z Karczmą pod Szczęśliwym Karpiem, stanowiąca część kompleksu. To właśnie tutaj smakowaliśmy rozmaitych specjałów.
Długi drewniany pomost zaprowadził nas do obszernego, owalnego, drewnianego wnętrza z przeszklonymi ścianami dzięki czemu upajając się smakiem potraw, mogliśmy jednocześnie podziwiać piękne widoki których dookoła wyspy nie brakuje. Na stole zagościły wspaniałe dania, a wśród nich również te tradycyjne, regionalne, jak: ryba w galarecie, karp wędzony i uwaga – pierogi z karpiem, polane masełkiem z grzybami. Według nieobiektywnej opinii mojego podniebienia, to absolutny hit wśród dań rybnych. Zagoszczą na moim wigilijnym stole na stałe, a może i zastąpią popularne pierogi z kapustą i grzybami. Obsługa milczała w kwestii receptury na pierogi z karpiem, ale poradziłam sobie i z tym i uzyskałam taki oto przepis:

Pierogi z karpiem
Pierogi z karpiem. Foto: Grażyna Kubiak.
Pierogi z karpiem:
Składniki na nadzienie: ½ kg karpia (filety bez skóry), 1 jajo, 2 ząbki czosnku, 1 cebula, 1 mała bułka namoczona w mleku i odciśnięta, sól, pieprz.
Filety i bułkę zmielić, dodać jajko, przeciśnięty przez praskę czosnek oraz posiekaną i podsmażoną cebulę. Dodać sól i pieprz. Całość wymieszać i odstawić.
Składniki na ciasto: 2 szklanki mąki, 1 jajo, 100 ml. mleka, 100 ml. wody, ½ łyżeczki soli.
Ze wszystkich składników zagnieść ciasto. Rozwałkować. Szklanką wykrawać okrągłe kawałki ciasta. Nakładać nadzienie i sklejać pierogi. Gotować w osolonej wodzie około 10 minut.
Składniki do okraszenia potrawy: 2 łyżki masła, sól, pieprz i 300 g grzybów.
Na patelni rozgrzać masło, wrzucić grzyby, smażyć na złoty kolor, doprawić solą i pieprzem. Polać pierogi masełkiem i podawać z grzybami.

Po wspaniałej i pysznej kolacji w Rudzie Różanieckiej udaliśmy się w dalszą drogę – do Baszni Dolnej, w której znajduje się Kresowa Osada, a w niej mnóstwo atrakcji dla dorosłych i dzieci, a także niezwykłe specjały regionalnej kuchni. Ale o tym – wkrótce :).

1

Szlakiem Kulinarnym Podkarpacia: Leżajsk – Rudka – Lubaczów

pączki ziemniaczane turystyka kulinarna

pączki ziemniaczane turystyka kulinarna
Na kulinarnym szlaku Podkarpacia. Pączki ziemniaczane. Foto: Grażyna Kubiak.
Dotychczas gdy opowiadałam o swoich podróżach po Małopolsce, pokazywałam wam zamki, dwory, snułam opowieści o ludziach, którzy niegdyś tam zamieszkiwali, przypominałam legendy i historie związane z tymi miejscami. Dziś chciałabym zabrać was w podróż kulinarną. Zachęcić was nie tylko do oglądania zabytków, ale również poznawania lokalnych zwyczajów i przepisów kulinarnych oraz posmakowania, rzec można, regionalnej kultury. Poprowadzę was szlakiem kulinarnym „Podkarpackie Smaki”, który wiedzie przez miejsca dbające o kulinarne tradycje regionu. Pomysł turystyki kulinarnej na Podkarpaciu jest arcyciekawy – ze względu na położenie geograficzne, uwarunkowania historyczne, bliskość granicy i wielokulturowość tego regionu. Wszystko to ma ogromny wpływ na różnorodność potraw i ich smak. Posmakujemy m.in. pączków ziemniaczanych, kiełbasy z karpia, domowych serów, omletu na miodzie lubaczowskim, żuru na zakwasie i pierogów z karpiem, dowiemy się co to są proziaki, jaglak i studzienina oraz jak przyrządzić zupę z pokrzywy i krem z wędzonym karpiem. Żadne zdjęcia nie są w stanie oddać niezwykłego aromatu i wyśmienitego smaku potraw jakie można skosztować na kulinarnym szlaku Podkarpacia. Zobaczycie na nich jednak, że zostały przyrządzone i podane w wyjątkowy sposób.

Stół w gospodzie u Więcławów.
Stół w gospodzie u Więcławów, Leżajsk. Foto: Grażyna Kubiak.
Przepis na pączki ziemniaczane: „50 dag ugotowanych ziemniaków, 50 dag mąki pszennej, 1⁄2 kostki masła, 5 dag drożdży, 3 jaja, 5 łyżek cukru, 1 słoik twardej marmolady, 1⁄2 litra oleju do smażenia, 1⁄2 kostki smalcu do smażenia, cukier puder. Gorące ziemniaki utłuc z masłem, ostudzić. Drożdże utrzeć z cukrem i jajami, połączyć z mąką i ciepłymi ziemniakami. Wyrobić ciasto na gładką masę. Ręce natłuścić olejem, formować placuszki, kłaść na nie kawałki marmolady i zlepiać kulki wielkości orzecha. Smażyć zaraz po wykonaniu, na jasnozłoty kolor. Osączyć, gdy ostygną posypać cukrem pudrem. Najsmaczniejsze są zaraz po usmażeniu”. Źródło: Leksykon Podkarpackich Smaków. Kulinarny Przewodnik po Regionie.
(Przyp. autora: Z ostatnim zdaniem się nie zgadzam – równie wspaniale smakowały mi po kilkunastu godzinach, późną nocą :) )
Dotychczas, w moich „zwiedzaczowych” wędrówkach po naszym pięknym kraju, nie zwracałam jednak uwagi na to, co i gdzie jem. Zabytki i doznania estetyczne z nimi związane oraz radość płynącą z ich oglądania, stawiałam zawsze na pierwszym miejscu. Posiłki spożywałam głównie z myślą o tym, by nie zabrakło mi sił na pokonywanie kolejnych odległości i na zwiedzanie. Przed wyjazdem na podkarpacki szlak kulinarny zastanawiałam się więc, jaka będzie moja reakcja na połączenie tradycyjnego zwiedzania z kulinarną podróżą. Teraz, po powrocie, wiem, że to połączenie to duet doskonały. Jednakże pod warunkiem, że zachowamy odpowiednie proporcje turystyczno-kulinarne, w myśl zasady „coś dla ciała i coś dla ducha”. Ważne, abyśmy w tym celu wybrali odpowiednie miejsca, wpisane w krajobraz zakątków, które zwiedzamy i zakosztowali potraw regionalnych, tradycyjnych, tak nierozerwalnie przecież związanych z kulturą, zwyczajami, obrzędami i tradycją danego regionu. Zachęcam więc do wędrówki szlakiem kulinarnym Podkarpacia, który to szlak i region, a przynajmniej maleńki jego skrawek, miałam przyjemność odkryć kilka dni temu. Powstała z tej wycieczki właściwie gotowa weekendowa trasa turystyczno-kulinarna, do odbycia której serdecznie zachęcam.

Stół w gospodzie u Więcławów.
Stół w gospodzie u Więcławów, Leżajsk. Foto: Grażyna Kubiak.

Przepis na proziaki: „1 kg mąki pszennej, 2 jaja, 2 łyżki cukru, 1 czubata łyżeczka soli, 1 łyżeczka sody oczyszczonej, 1⁄2 litra kwaśnego mleka, 2 łyżki śmietany. Z podanych składników zarobić ciasto, formować placki różnej wielkości piec (na blasze kuchennej) na wolnym ogniu lub w piekarniku.” Źródło: Leksykon Podkarpackich Smaków. Kulinarny Przewodnik po Regionie.

(Przyp. autora – doskonałe z masłem czosnkowym :) ).

Powodowana i ciekawością, i chęcią odkrywania tego, co dla mnie nowe, wyruszyłam na szlak, wraz z kilkoma innymi entuzjastami podkarpackich smaków i zabytków. Wyruszyliśmy z Rzeszowa, a pierwszym punktem na naszej kulinarno-turystycznej mapie był Leżajsk i Gospoda u Więcławów, gdzie czekało na nas wystawne, królewskie śniadanie. Poza kilkoma współczesnymi potrawami, nie zabrakło typowo regionalnych, takich jak tradycyjny żur na zakwasie, pierogi ruskie, proziaki (placuszki z mąki pszennej razowej, pieczone na płycie kuchennej), studzienina (galareta wieprzowa lub wieprzowo-cielęca), podpłomyki (cieniutkie placuszki z ciasta chlebowego na zakwasie), jaglak (babka z kaszą jaglaną) i pączki ziemniaczane. Wszystko smakowało wybornie! Jednak moimi faworytami tego śniadania stały się pączki ziemniaczane i proziaki. Nie jestem na co dzień entuzjastką ani pączków, ani placków jako takich, ale te w Leżajsku były absolutnie niezwykłe, dlatego podzielę się z Wami przepisami na te pyszności, zaczerpniętymi z książki „Leksykon Podkarpackich Smaków. Kulinarny Przewodnik po Regionie.”

Cerkiew w Rudce.
Cerkiew w Rudce. Foto: Grażyna Kubiak.
Po wspaniałych doznaniach kulinarnych przyszedł czas na atrakcje turystyczne. Wyruszyliśmy więc do Rudki (gmina Sieniawa), wsi położonej nad Lubienią, na pograniczu Doliny Dolnego Sanu i Płaskowyżu Tarnogrodzkiego, w której znajduje się śliczna maleńka dawna cerkiew grekokatolicka Zaśnięcia Bogurodzicy. Wzniesiona w 1695 roku przez przybyłą tu ze Wschodu ludność szukającą schronienia przed najazdami tatarskimi, jest jednocześnie jedną z najstarszych cerkwi w Polsce. W XVIII wieku przeszła gruntowny remont – podokienny daszek okapowy zastąpiono szerokim podcieniem wspartym na słupach, a nad babińcem zbudowano wieżę. Odprawiano tu nabożeństwa, aż do roku 1924. Wtedy właśnie tuż obok tego drewnianego cudeńka, wzniesiono murowaną świątynię, która w całości przejęła funkcje liturgiczne. W 1947 roku wysiedlono ludność ukraińską, a tym samym obie świątynie opuszczono. Cerkiew niszczała przez wieki, a w latach 80. XX wieku silny huragan dopełnił dzieła zniszczenia – zawalił się dach babińca. Szanse na uratowanie tej bezcennej budowli były niewielkie i wymagały ogromnych nakładów finansowych, jednak podjęto się remontu i cerkiew odbudowano. Zakres prac był rozległy – wymieniono zniszczone belki zrębu, kamienną podmurówkę, zadaszenie babińca, zniszczony gont, wyrównano soboty, zrekonstruowano podłogę i schody prowadzące na chór. Prace zostały zakończone kilka lat temu, a teraz możemy podziwiać ich efekty. Warto też zwrócić uwagę na zachowany w wejściu do babińca trójlistnie zamknięty portal.

Muzeum Kresów Lubaczów
Dawny spichlerz, siedziba Muzeum Kresów w Lubaczowie. Foto: Grażyna Kubiak.
Zauroczeni maleńkim kościółkiem ruszyliśmy w dalszą drogę – do Lubaczowa, gdzie w budynku dawnego spichlerza podworskiego z 1820 roku znajduje się Muzeum Kresów. Lokalizacja dodaje zbiorom niezwykłego uroku – dość niskie sufity z poprzecznymi belkami stropowymi tworzą unikalną atmosferę. Jeśli dodamy do tego wspaniałe, cenne ekspozycje i ciekawe opowieści Janusza Mazura, kustosza Muzeum, to powstaje miejsce, którego nie można ominąć podczas turystycznych wędrówek. Kolekcja Muzeum jest zróżnicowana i podzielona na pięć działów tematycznych – przyrodniczy, historyczny, archeologiczny, etnograficzny i artystyczny. W Muzeum można zobaczyć wystawy stałe, takie jak „Dzieje Ziemi Lubaczowskiej”, „Wiejskie Dziedzictwo” i „Dziedzictwo Kresów”. Ponadto muzeum posiada eksponaty ponadregionalne, takie jak kolekcja polskiego rysunku współczesnego, jak również organizuje ogólnopolski konkurs Triennale Polskiego Rysunku Współczesnego. Kilka lat temu Muzeum przejęło opiekę nad zespołem cerkiewnym w Radrużu.

Z Muzeum udaliśmy się nieopodal, na teren zespołu parkowo-zamkowego, gdzie trwa pierwszy etap budowy skansenu, który nosi nazwę „Przygródek – wspólnota kultur”. Na chwilę obecną w skansenie znajduje się przeniesiona ze Starego Dzikowa zabytkowa wozownia plebańska z XIX wieku, kapliczka i odrestaurowana, stylizowana na dworek, oficyna, wewnątrz której znajdują się wspaniałe ekspozycje, dawne, jak również nowoczesne (multimedialne). Janusz Mazur, kustosz Muzeum Kresów, opiekującym się skansenem, mówi, że
ideą powstania skansenu o nieprzypadkowej nazwie „Przygródek – wspólnota kultur”, jest przede wszystkim chęć przybliżenia tradycji miejsca, w którym skansen będzie funkcjonował. Chodzi tu o rozległe tereny, które sąsiadują z historycznym wzgórzem zamkowym, znajdującym się obecnie w obrębie skansenu. Obszar ten w dawnych czasach nazywany był właśnie „Przygródkiem”, co oznacza tyle co „podgrodzie”. Zdaniem autorów projektu słowo „Przygródek” brzmi bardziej oryginalne, co być może spowoduje, że będzie łatwiej kojarzone z tym miejscem. A skąd drugi człon nazwy – „wspólnota kultur”? Dawny przygródek pełnił rolę zarówno obronną, jak i gospodarczą oraz kulturalną i był zamieszkiwany przez ludność wieloetniczną. Tenże fakt wzięli pod uwagę twórcy skansenu, chcąc przywrócić przygródkowi jego pierwotne funkcje. Zaplanowali utworzenie na terenie Przygródka Centrum Kultury Pogranicza, w którego skład wejdzie m.in. wielokulturowa uliczka małomiasteczkowa. Zakłada się, że Centrum Kultury Pogranicza będzie bazą różnorodnej i zaangażowanej działalności kulturalnej, obejmującej obszary sąsiednie, w tym również transgraniczne. Początkowo uliczka składać się będzie z czterech drewnianych domów mieszkalnych, autentycznych, przeniesionych z Lubaczowa i okolic. W domach tych planuje się odzwierciedlić codzienne życie czterech rodzin, reprezentujących typowe dla tego regionu zawody i przede wszystkim reprezentujących cztery główne narodowości, funkcjonujące na ziemi lubaczowskiej. Powstanie więc Dom Polski, Dom Ukraiński, Dom Żydowski oraz Dom Niemiecki. Budynki te będą pełnić rolę swego rodzaju ośrodków kultury, ukazując to co łączy i to co różni wymienione powyżej społeczności. Interesujące, prawda? Jeśli plany Muzeum Kresów co do Przygródka zostaną zrealizowane, to wkrótce będzie to miejsce bardzo ciekawe, nietuzinkowe i warte odwiedzenia, do czego serdecznie zachęcam.

Z Lubaczowa wyruszyliśmy do miejsca niezwykłego, Radruża, gdzie znajduje się wpisana na listę UNESCO, najstarsza drewniana cerkiew w Polsce, pięknie odnowiona, z umieszczonym wewnątrz bezcennym ikonostasem. Ale o tym – wkrótce :)

0

W 7 dni dookoła Sądecczyzny. Śladami piechurów.

Beskid Sądecki

Beskid Sądecki
Widok z okolic Bacówki nad Wierchomlą na dolinę Wierchomlanki i Pasmo Radziejowej. Foto: Jakub Zygmunt
[…] chcę zabrać Was w podróż […] na Ziemię Sądecką. […] do krainy, gdzie się urodziłem, wychowałem i dorastałem. Posmakujemy wody mineralnej z jednego z krynickich źródeł. Dowiemy się, gdzie w Polsce mamy swojego odpowiednika brukselskiego „siusiającego chłopca”. Poczujemy klimat małego miasteczka galicyjskiego. Zobaczymy miejsce, gdzie odpoczywała św. Kinga podczas ucieczki przed najazdem tatarskim. Na koniec wreszcie zdobędziemy najwyższe szczyty sądeckich gór, aby tam móc podziwiać piękno tego regionu.

Dzień 6. Śladami piechurów.

Najbliższe dwa dni spędzę w górach. Beskid Sądecki to doskonałe miejsce do wędrówek. Wiele schronisk górskich, szlaki na każdą kondycję o oraz wspaniałe panoramy na Gorce i Pieniny, a nawet Tatry i słowacką Magurę. To wszystko znajduje się w tym cichym i nie odkrytym jeszcze przez masową turystykę regionie.

Dzisiaj zdecydowałem się na wędrówkę Pasmem Radziejowej – jednym z dwóch głównych pasm Beskidu Sądeckiego. W Nowym Sączu wsiadam do lokalnego busa, który zawozi mnie do Gabonia-Praczki. Stamtąd udaję się na Przehybę skąd czeka mnie dwugodzinny spacer doliną Jaworzynki. Idę drogą ukrytą w gęstym lesie. Jednak im bliżej szczytu tym coraz więcej odsłania się między drzewami widoków. Trasa wiedzie tak naprawdę szlakiem rowerowym, jednak wybrałem ją celowo. Przy jej końcu, na górskim zboczu, stoi ogromny drewniany krzyż. Pod nim znajduje się niewielka kapliczka oraz ogromny głaz piaskowca, mający kształt krzesła. Jest to kamień św. Kingi. Legenda mówi, że księżna odpoczywała na nim podczas ucieczki przed najazdem tatarskim. To tędy wraz z siostrami z zakonu klarysek uciekała w stronę Zamku Pienińskiego przed nawałą przeciwnika. Od krzyża biegnie w górę stroma ścieżka, prowadząca do miejsca skąd rozpościera się szeroka panorama na dolinę Jaworzynki oraz leżące już nad Dunajcem wsie: Gaboń i Gołkowice.

Beskid Sądecki
Widok z Przechyby. Foto: Jakub Zygmunt
Od kamienia św. Kingi już dość szybko docieram na szczyt Przehyby (1175 m n.p.m.). Szeroka polana, na której znajduje się budynek schroniska górskiego oraz ogromny przekaźnik telewizyjny, który dzięki intensywnemu czerwonemu światłu można łatwo zlokalizować nocą chyba z każdego miejsca Sądecczyzny. Pierwsze schronisko na Hali Przehyba powstało już przed II wojną światową, zresztą jest to jedyne schronisko w tej części Pasma Radziejowej. Na tarasie widokowym przy dobrej pogodzie można obserwować całą panoramę Tatr wraz ze słowacką Magurą. Podczas II wojny światowej było to miejsce schadzek partyzantów oraz kurierów, którzy dostarczali cenne informacje o planach wroga. W latach 60-tych wędrował tędy również biskup Karol Wojtyła, o czym już jako papież, wspominał podczas kanonizacji św. Kingi w 1999 roku. Dzisiaj biegnie tędy szlak papieski przypominający jego dawne trasy wycieczek górskich. Zaczyna się on w Starym Sączu, wiedzie na Przehybę, dalej w stronę Dzwonkówki i kończy się w Krościenku nad Dunajcem.

Radziejowa widok z wieży
Widok z wieży na Radziejowej. Foto: Jakub Zygmunt
Po wzmocnieniu się ciepłą kawą z termosu ruszam dalej. Przede mną około 1,5 godzinna droga na najwyższy szczyt Sądecczyzny – Radziejową (1262 m n.pm.). Wędrówka czerwonym szlakiem nie zdaje się być wymagająca, a przedzierające się co jakiś czas między drzewami pejzaże umilają czas podczas nieco nużącego marszu. Gdy tylko docieram na szczyt wdrapują się na stojącą tu wieżę widokową. Jeśli komuś sprzyja aura, to ma szanse dostrzec nie tylko Tatry, lecz również szczyty Beskidu Niskiego, Małych Pienin oraz Gorców. Ja takiego szczęścia nie miałem, ale widok i tak był zachwycający.

Po chwili zadumy wracam jednak na główną ścieżkę i podążam dalej czerwonym szlakiem w stronę Wielkiego Rogacza (1182 m n.p.m.). Dróżka, którą idę jest częścią najdłuższego szlaku turystycznego w Polsce – Głównego Szlaku Beskidzkiego. Rozpoczyna się on w Ustroniu w Beskidzie Śląskim, a kończy w Wołosatem w Bieszczadach. Łącznie liczy prawie 500km. Najwięksi twardziele i rekordziści potrafią przejść cały ten szlak w 18 dni, dla przeciętnego turysty szlak ten jest osiągalny do przejścia w 24 dni. Idąc mijam Wielki Rogacz, gdzie szlak skręca na wschód w stronę Niemcowej (1001 m n.p.m.). Pod tym wzniesieniem znajduje się klimatyczne schronisko. Pozbawiona prądu i podstawowych wygód „Chatka pod Niemcową” oferuje noclegi na zwykłych materacach na prowizorycznych drewnianych łóżkach zbiorowych. W kuchni znajduje się piec kaflowy, w którym nadal pali się węglem. A widoki… widoki są przepiękne. Pojawia się mi dolina Popradu, w stronę której zmierzam. Ponoć z tego schroniska najlepiej obserwuje się zjawisko, jakim jest „morze chmur” przy porannym wschodzie słońca.

Zamek Rytro
Ruiny zamku w Rytrze. W 1369 r. przez Rytro przejeżdżał król Kazimierz Wielki udając się na Węgry na spotkanie z Ludwikiem Węgierskim. W 1385 roku Jadwiga wraz z narzeczonym Władysławem Jagiełłą i wielkim księciem litewskim Witoldem wyjechała na spotkanie szwagra, króla węgierskiego Zygmunta i jego żony Marii do pogranicznego Spiża (Spisza) zamku Ritter. W październiku 1412 r. na zjazd w Starej Lubowni z cesarzem rzymskim i królem Węgier Zygmuntem przejeżdżają przez Rytro król Władysław Jagiełło z żoną Anną i wielki książę Litwy z żoną Heleną. We wrześniu 1471 r. przez Nowy Sącz i Rytro przejeżdża Kazimierz Jagiellończyk odprowadzając swego syna Kazimierza na tron węgierski. Foto: Beemwej, Creative Commons.
Po nasyceniu się borówkami, których pod Niemcową rośnie wyjątkowo dużo, ruszam dalej. Szlak schodzi coraz bardziej w dół górskich zboczy. Pojawiają się pierwsze zabudowania Obłazów Ryterskich. Mijam ruiny dawnej szkoły powszechnej, która podczas II wojny światowej pełniła funkcję konspiracyjnego miejsca nauki. W oddaleniu od głównej drogi i szlaków komunikacyjnych sprawdzała się w tej roli doskonale. Dzisiaj widać tylko fragmenty fundamentów oraz pamiątkową tablicę. Ścieżka zamienia się w wiejską drogę i zaczynam kierować się do największej miejscowości położonej na mojej dzisiejszej trasie – do Rytra. Prawie 2,5 tysięczna wieś malowniczo położona w dolinie Popradu jest obecnie dużym ośrodkiem letniskowym i wypoczynkowym. Każdy przyjezdny bez problemu zauważy na niewielkim wzgórzu nad miejscowością ruiny zamku. To właśnie z nimi jest nierozłącznie związana historia Rytra. Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z XIII wieku. Strzegł on najkrótszej drogi komunikacyjnej między państwami Polski i Węgier. Nie była to droga wygodna, ale ze względu na odległość używana na pewno częściej niż wiodący doliną Dunajca trakt, który miał raczej charakter dyplomatyczny. Wspomniany gościniec biegł wówczas serpentynami od Starej Lubowli przez przełęcz Vabec, dalej potokiem Granasto (Hraniczne), „pustaciami pilchowskimi” koło Piwnicznej i stąd dopiero doliną Popradu do Rytra i Starego Sącza. Książęca stacja celna w Rytrze stwierdzała oficjalnie charakter tej drogi, jako głównego traktu handlowego. Zameczek ryterski nie tylko był używany przez służby celne, ale również gościł niejednokrotnie w swych murach znakomitych gości, którzy udawali się traktem popradzkim za granicę.


Dalej kieruję się tym samym czerwonym szlakiem w stronę Makowicy, najwyższej góry w okolicy. Ścieżka, która mnie prowadzi jest uważana za najbardziej strome podejście w tej części Beskidów Zachodnich. Nieco zmęczony tym wyjściem jak i całym dniem idę w stronę Schroniska Cyrla pod Makowicą. W tej niewielkiej górskiej chacie przenocuję. Jutro natomiast ruszę by poznawać kolejne tajemnice i miejsca w kolejnym z pasm Beskidu Sądeckiego – paśmie Jaworzyny Krynickiej

Informacje praktyczne:
Trasa wędrówki: Gaboń-Praczka -> Przehyba (2h) -> Radziejowa (1,5h) -> Wielki Rogacz (0,5h) -> Niemcowa (1h) -> Rytro (1,5h) -> Zamek (0,25h) -> Schronisko (2h)
Czas wędrówki: 8 ¾ h

0

Zawieprzyce

Zawieprzyce

Zawieprzyce
Foto: Grażyna Kubiak
Jadąc z Lublina do Lubartowa, pobłądziłam nieco wśród malowniczych pól, lasów i łąk. Zatrzymałam się więc, żeby nieco się rozejrzeć i wtedy to właśnie moim oczom ukazały się w oddali interesujące zabudowania. Kiedy podjechałam bliżej, okazało się, że to Zawieprzyce – z widocznymi na wzniesieniu nad rzeką Wieprz ruinami zamku Firlejów, zabudowaniami dworskimi Skłodowskich oraz kaplicą i parkiem. Kocham takie niespodzianki.

Zawieprzyce (woj. lubelskie) leżą na południowy-wschód od Lublina, przy ujściu rzeki Bystrzycy do Wieprza. Pierwsze wzmianki o tej historycznej perełce gminy Spiczyn pochodzą z 1390 roku, a ich autorem jest Jan Długosz. Późniejsze zapiski potwierdzają istnienie już w XV wieku zamku obronnego, zbudowanego przez Zawieprzyckich herbu Janina. Miał on strzec traktu wiodącego z Litwy, przez Lublin, na zachód Polski.

Majątek Zawieprzyce, a w tym i zamek, często zmieniał właścicieli. Z końcem XVI wieku stał się własnością Adaukta Ciecierskiego z Ciecierzyna, chorążego drohickiego i mielnickiego, który w pobliżu zamku wybudował barokowy dworek. Kilkanaście lat później, na początku XVII wieku, dobrami władał już Jan Firlej, kasztelan wojnicki, a w II połowie XVII wieku – Józef Gorajski, starosta lubelski. Kilka lat później zamek trafił w ręce Atanazego Miączyńskiego, wojewody wołyńskiego, który dokonał poważnej przebudowy zamku, przekształcając go w rezydencję mieszkalną. Ponadto Miączyński wybudował w pobliżu kaplicę, oficynę i lamus, a także założył bogaty ogród z alejami, przy których posadzono smukłe topole i lipy. W połowie XVIII wieku zamek uległ uszkodzeniu, jednak wkrótce został odbudowany. Z końcem XVIII wieku Miączyńscy sprzedali majątek Aleksandrowi Morskiemu. Na początku XIX wieku kolejny właściciel, Antoni Ostrowski, senator i wojewoda, otoczył zespół parkowo-pałacowy murem z bramą wjazdową, zbudował oranżerię i przekształcił park w romantyczny ogród. W połowie XIX wieku zamek spłonął i tym razem już go nie odbudowano. Zabezpieczono tylko ruiny, które możemy oglądać do dziś. Nie są one zbyt okazałe, ale mają swój urok. Funkcje mieszkalne w tym czasie przejęła oficyna i dwór, będący własnością dzierżawcy majątku. Ostrowscy władali zawieprzyckim majątkiem aż do roku 1945 r.

Zawieprzyce
Foto: Grażyna Kubiak
Droga do ruin zamku i pozostałych obiektów zespołu pałacowo-parkowego prowadzi przez most na Wieprzu, ku dość wysokiemu wzgórzu, będącemu dawnym brzegiem koryta rzeki. Zbliżając się do pięknej, kamiennej bramy wjazdowej, mijamy z prawej strony dawną oficynę barokową, wzniesioną z XVIII wieku, w której obecnie mieści się szkoła. Za bramą znajdują się, niejako bezładnie rozrzucone po parku, ruiny zamku, kaplica, lamus, dworek i pozostałe obiekty. Wrażenie chaosu może wynikać z różnic czasowych w powstawaniu poszczególnych budowli. Ponadto przy kolejnych przebudowach zamku, zmianom, jak i zniszczeniom ulegały sąsiadujące z nim obiekty i ich funkcje oraz wzajemne zależności.
Z lewej strony bramy wjazdowej stoi dworek i kilka budynków gospodarczych, które tworzą niewielki dziedziniec. Uwagę przyciąga lamus, w którym obecnie mieści się biblioteka publiczna. W pobliżu znajduje się niewielki kopiec z kamienną kolumną, zwieńczoną żeliwnym krzyżem. Jej pochodzenie nie jest jednoznaczne, jednak przypuszcza się, że stanowi wotum wdzięczności Atanazego Miączyńskiego za szczęśliwy powrót z odsieczy wiedeńskiej. Z prawej strony, na skarpie, znajdują się ruiny zamku, niezbyt okazałe, ale urokliwe, o grubych, ceglanych murach.

Pod koniec XIX wieku dzierżawcą majątku w Zawieprzycach był stryjeczny dziadek Marii Skłodowskiej, Ksawery, a kilkunastoletnia wówczas Marysia, późniejsza noblistka, spędzała w Zawieprzycach wakacje. Ksawery Skłodowski pochowany jest nieopodal, w Kijanach. Maria Skłodowska-Curie jest patronką zawieprzyckiej szkoły.

Z dawnych ogrodów pozostało niewiele – stare drzewa, lipowa aleja i dużo wolnej przestrzeni. Wiele zabytkowych drzew uległo zniszczeniu, w tym również najstarsza lipa, zwana lipą Sobieskiego. Po pewnym czasie stary pień zaczął wypuszczać młode pędy, tworząc na dzień dzisiejszy całkiem okazałe drzewo.
W dość dobrym stanie przetrwała do naszych czasów barokowa kaplica, będąca jednocześnie najciekawszym pod względem zabytkowym i architektonicznym obiektem na terenie zespołu parkowo-pałacowego. Ściany wewnątrz kaplicy ozdobione są ufundowaną przez Miączyńskich późnobarokową polichromią. W głębi parku, z dala od zabudowań, na terenie, z którego usunięto drzewa i założono pola uprawne, znajduje się zrujnowana klasycystyczna oranżeria z XIX wieku.

Zawieprzyce, to piękne miejsce. Odwiedźcie je koniecznie, kiedy będziecie w okolicy. Z zamku pozostały ruiny, ale rozciąga się z nich piękny widok na rzekę i okolicę. Warto zwiedzić kaplicę i pozostałe zabudowania oraz przespacerować się po starym parku. Miejsce ciche, ładne, ciekawe i z historią – serdecznie polecam wszystkim Zwiedzaczom.

0

Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie

skansen w Lublinie

skansen w Lublinie
Foto: Grażyna Kubiak
Skanseny działają na mnie jak magnes – nigdy ich nie omijam. Spacerując od zagrody do zagrody, czuję się, jak w innym wymiarze i zapominam o całym świecie. Nie inaczej było w Lublinie – podążyłam za drogowskazem prowadzącym do skansenu i spędziłam tam kilka bardzo przyjemnych, spokojnych, uroczych godzin.

Skansen w Lublinie otwarto dla odwiedzających w roku 1979. Pierwszą budowlą jaką tu stanęła był drewniany wiatrak z Zygmuntowa. W sumie na powierzchni 27 hektarów, na północnym zboczu doliny rzeki Czechówki, zgromadzono ponad 100 eksponatów. Zebrane obiekty, przydzielone do siedmiu sektorów, odzwierciedlają zróżnicowanie kulturowe i krajobrazowe Lubelszczyzny.

W pobliżu wejścia do Muzeum Wsi Lubelskiej znajduje się najstarszy sektor, Wyżyna Lubelska, w skład którego wchodzą m.in. cztery zagrody, w tym najstarsza tutaj chałupa z Tarnogóry, pochodząca z II połowy XVIII wieku. Ponadto wiatrak, kuźnia i olejarnia, a także studnia i przydrożna kapliczka, która jest jedynym zrekonstruowanym obiektem w tej części skansenu. We wnętrzach chałup na uwagę zasługują piece chlebowe, wędzarnie, ludowe instrumenty muzyczne. Bajeczny jest sektor dworski, do którego wchodzi się przez charakterystyczną bramę w stylu zakopiańskim. Znajduje się tu m.in. uroczy dwór z połowy XVIII wieku – drewniany, tynkowany, kryty gontem, w otoczeniu ogrodu i parku krajobrazowego, z piękną lipową aleją.

Sektor Roztocze obejmuje kilkanaście charakterystycznych, po części ukraińskich, obiektów – zagrody, piwiarnię, kuźnię, cerkiew, kapliczki. Najcenniejszym obiektem tej części skansenu jest cerkiew z Tarnoszyna, pochodząca z połowy XVIII wieku. Na zewnątrz – trzy charakterystyczne, cebulaste kopuły. Wewnątrz – prezbiterium, przedsionek, nawa, dwie zakrystie, a na ścianach ślady pierwotnej polichromii.

Wspomniałam tylko sektory, które urzekły mnie najbardziej, ale warto zobaczyć wszystkie siedem. Malowniczy sektor Powiśle znajduje się w dolinie rzeki. Trzy pozostałe – miasteczkowy, Nadbuże i Podlasie – są stale rozbudowywane, a uwagę przyciąga kościół z plebanią i dzwonnicą, a także spichlerz i stajnia. Niemałą atrakcją są hodowane na terenie muzeum zwierzęta – konie, krowy, kozy, kaczki, gęsi i pawie.

W lubelskim skansenie odbywają się ciekawe imprezy – od wiosny do jesieni, kilka razy w miesiącu, pod hasłem „rok w tradycji i obrzędach”. Wiosną prezentowane są pokazy prac polowych, poświęcanie pól i sianokosy. Latem – żniwowanie, święto chleba i dożynki. Jesienią – jarmark koński i wykopki. Ponadto w skansenie odbywają się lekcje muzealne dla dzieci i młodzieży, połączone z imprezami plenerowymi.

Wizyta w skansenie, to dla mnie zawsze swoista podróż w czasie. Jeśli więc lubicie podróżować, zachęcam do odwiedzenia Muzeum Wsi Lubelskiej. Można tu odpocząć, pospacerować, nasycić oczy zielenią i malowniczymi krajobrazami, a także zaopatrzyć się w tutejsze smakołyki – chleb, miód i wiele innych. Skanseny są piękne o każdej porze roku, ja jednak lubię je najbardziej wiosną. A Wy?

0

Zamek w Szydłowie

Szydłów

Pewnego dnia, gdy jechałam do Sandomierza, nieoczekiwanie moim oczom ukazał się widok miły każdemu „zwiedzaczowi” – gród, położony na niewielkim wzniesieniu, otoczony kamiennym murem. Oto Szydłów (woj. świętokrzyskie), zwany też polskim Carcassonne, z uwagi na wspaniale zachowany gotycki układ urbanistyczny. Wiedziona ciekawością przeszłam przez wspaniałą monumentalną XIV-wieczną Bramę Krakowską i znalazłam się wewnątrz murów tego niezwykłego miasta. Miasteczko jest niewielkie, z charakterystycznym średniowiecznym układem ulic i wieloma zabytkowymi budowlami. Znajdziemy tu m.in. zamek, kościół i synagogę. Całość obwiedziona wspomnianym już wspaniałym kamiennym murem.

Szydłów
Panorama Szydłowa. Foto: Grażyna Kubiak

W XIII wieku król Bolesław Wstydliwy założył w Szydłowie gród, który znajdował się w miejscu, gdzie obecnie stoi kościół Wszystkich Świętych, czyli poza murami dzisiejszego miasta. W XIV wieku, za sprawą króla Kazimierza Wielkiego, na sąsiednim wzgórzu wzniesiono kamienno-ceglany zamek, stanowiący część miejskich umocnień. Jako budulec wykorzystano charakterystyczny, miejscowy, jasnokremowy kamień – wapień szydłowski. W północnej części dużego, nieregularnego dziedzińca zamkowego postawiono budynek administracyjny dla urzędników królewskich, a w narożu wybudowano dwie cylindryczne wieże. Wjazd do zamku prowadził przez bramę, znajdującą się w murze, od strony wschodniej. Z czasem surową średniowieczną warownię przebudowano w nieco wygodniejszą, a elewację ozdobiono piękną kamieniarką. Ponadto postawiono prostokątny, zwany Salą Rycerską, dom mieszkalny, który zajął południową część dziedzińca.


W XV wieku narożne wieże zastąpiono czworoboczną basztą, przekształconą w I połowie XVI wieku w budynek zwany Skarbczykiem. Kilkanaście lat później wielki pożar niemal doszczętnie zniszczył miasto wraz z zamkiem, jednak wkrótce je odbudowano. Pożary niszczyły miasto jeszcze kilka razy. Pomimo tego, że za każdym razem je odbudowywano, straciło ono na swym znaczeniu. W XVII wieku zamek został podpalony przez buntowników, a następnie zniszczony przez Szwedów. Kilka lat później obiekt wyremontowano, a bramę zamkową zastąpiono budynkiem bramnym.
Szydłów
Brama Krakowska. Foto: Grażyna Kubiak
Ostatniej przebudowy zamku dokonano w I połowie XVIII wieku, z inicjatywy Józefa Załuskiego, starosty szydłowskiego. Fakt ten upamiętniono wmurowaniem w elewację budynku bramnego tablicy erekcyjnej i herbu Załuskich. W krótkim czasie jednak obiekt opuszczono. Z końcem tego stulecia zamek zaczął popadać w ruinę. Dzieła zniszczenia dopełniły stacjonujące tu w XIX wieku wojska napoleońskie, które w średniowiecznych wnętrzach urządziły stajnie i wozownie. Na początku XX wieku ruiny zabezpieczono, jednak po I wojnie światowej w miejscu, gdzie stał pierwszy XIV-wieczny budynek zamkowy, wybudowano szkołę, niszcząc w ten sposób wszelkie ślady po tej wspaniałej warowni. Po II wojnie światowej wyremontowano mury obwodowe, zabezpieczono ruiny Sali Rycerskiej i odbudowano Skarbczyk, w którym po dziś dzień działa muzeum, prezentujące ciekawe ekspozycje – geologiczną, archeologiczną i etnograficzną.

Z Szydłowem wiążą się liczne legendy. Jedna z nich mówi o „założycielu” Szydłowa. Dawno, dawno temu, w jaskiniach znajdujących się w miejscu, gdzie obecnie stoi zamek, straszny zbój o imieniu Szydło chował swoje skarby. Krótko jednak się nimi cieszył, ponieważ schwytano go i stracono. W miejscu, gdzie chował swoje niezliczone łupy, niebawem powstało bogate i piękne miasto, którego nazwa pochodzi od imienia rzezimieszka. Jest też inna wersja legendy o powstaniu grodu. Podobno kiedyś zbójcy zaatakowali orszak, w którym jechał król. Kiedy przewaga zbójców zaczynała się znacznie zwiększać, król zaczął się modlić, obiecując, że jeśli ujdzie z życiem, założy gród i postawi tu kościół. Wtedy to zbójcy się poddali, a król zrobił jak obiecał. Gród nazwał Szydłów – od imienia herszta bandy, zbója Szydły.

Szydłów
Kościół św. Władysława z XIV wieku jest jednym z najcenniejszych, wśród kościołów powstałych z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego. Foto: Grażyna Kubiak
Poza zamkiem i miejskimi zabudowaniami w Szydłowie trzeba koniecznie obejrzeć średniowieczne mury obronne, Bramę Krakowską, kościół św. Władysława i synagogę, a także znajdujący się nieopodal kościół Wszystkich Świętych. Mury obronne wybudowano w XIV wieku, z fundacji Kazimierza Wielkiego. Do naszych czasów zachowały się 4 odcinki, o łącznej długości niespełna 700 metrów. Z kolei Brama Krakowska, to jedyna zachowana do dziś z trzech niegdyś funkcjonujących bram wjazdowych. Dolna część bramy pochodzi z XIV wieku, górna została przebudowana w stylu renesansowym. Poza obrębem murów obronnych, nieopodal Bramy Krakowskiej, znajduje się XIV-wieczny kościół Wszystkich Świętych. Dopiero w XX wieku odkryto w jego wnętrzach XIV-wieczną polichromię.

Kiedy przyjechałam do Szydłowa i przeszłam przez Bramę Krakowską, odniosłam wrażenie, jakbym znalazła się w innym wymiarze. Miejsce to jest absolutnie magiczne, niesamowite, bardzo senne, jakby wymarłe, o niezwykłym klimacie. Co roku odbywa się tu ogólnopolski Turniej Rycerski o Miecz Króla Kazimierza Wielkiego. Towarzyszą mu pojedynki rycerskie, pokazy taneczne, koncerty, a także Nocna Bitwa o Zamek. Może wybierzecie się w tym czasie do Szydłowa i obejrzycie to niezwykłe miejsce?

Zobacz także:close